czwartek, 3 września 2015

Epopeja regencyjna a.d. 1825, czyli o Zlocie Krynoliny w Ojcowie i przygodach Chopinianny.




W miniony weekend miałam wielką przyjemność spełnić jedno z moim wielkich marzeń- przenieść się na kilka dni do czasów Jane Austen. O ile jeszcze parę lat temu myśl ta należała do sfery "chcę, ale wiadomo, że się nie da", o tyle w tym roku okazało się to możliwe! I to znowu bez potrzeby używania TARDIS (no dobra, mały vortex manipulator się trochę przydał ;) ). Tak więc czas na małą wielką, epicką opowieść o tym jak to Chopinianna spędziła ten czas.

***

Jest rok 2015. Idę dzielnie przez Katowice (no dobrze, trochę wyolbrzymiłam swój heroizm- idę od taksówki do Galerii, jakieś 5 minut. Kto jednak nie próbował przejść w historycznym stroju po Katowicach nie wie co to życie na krawędzi). W środku czekają już Państwo Chantberry i niedługo później również panna Vorago Rerum. Szybko więc udaliśmy się do wehikułu czasu Państwa C. 
Gdy w trakcie drogi zaczęły wyłaniać się wielkie skały oraz ruiny zamku wiadome było jedno- udało się, jesteśmy w 1825 roku!

Przyjechaliśmy na miejsce. Ktoś przebiega przy oknie w papilotach, słychać śmiech i ogólne zamieszanie. Państwo C. zostają zaprowadzeni do swojego pokoju, a my razem z panną Vorago nadal czekamy na powitanie. Czyżby o nas zapomniano? Lub uznano nasze spóźnienie za zbyt wielki afront, aby nas powitać? Ależ nic z tych rzeczy- zaledwie chwilę później zostałyśmy bardzo miło powitane i zaprowadzone do swoich pokoi. Jako, że Panna Elżbieta i Panna Joanna wyraziły chęć bliższego poznania mojej osoby zostałam przydzielona do ich pokoju. Nie było jednak za wiele czasu na konwersację, ponieważ za pięć minut miała już być kolacja! Niestety, na owa kolację przybyłyśmy spóźnione. Cóż za faux pas już na samym początku spotkania z Towarzystwem! Jednak wszyscy byli na tyle taktowni, że nie zostało nam to wytknięte... ani za każdym innym razem kiedy się spóźniałyśmy, co stało się przez te kilka dni naszą małą tradycją (ależ Wielebny byłby oburzony! ...ale o nim później).

fot. Monika Kozień

Po chwili na odpoczynek po posiłku i trudach podróży nastał czas część powitalno-oficjalną... w jakimś sensie. Najpierw jednak czekała nas niespodziewana część praktyczno-ożywcza, a następnie część siedząco-wpatrująca. W pierwszej miałyśmy przyjemność zapoznania się z fakturą suchych gałęzi, w drugiej zaś- podnieść kolację, która miała być na następny dzień do rangi legendy.


W sensie niby taki reumatyzm (błąd celowy) :P
fot. Alicja Wójcik

Jak wiadomo podróże w czasie bywają niebezpieczne i często pełne niespodziewanych przygód. Co za tym idzie wciąż oczekiwaliśmy na przybycie kilku Pań (razem ze wspomnianą wcześniej wielką kolacją). Czas ten większość umilała sobie na konwersacji o balach, sukniach i francuskich koronkach. Gdy słońce zaszło, wreszcie udało się wszystkim bezpiecznie dotrzeć i zgromadzić. Cześć oficjalna została rozpoczęta. Kilka Pań przeczytało nam swoje wspomnienia z zeszłorocznego spotkania. Nie ulega żadnej wątpliwości fakt, że po bardzo szczegółowych opisach zeszłorocznej kolacji wszyscy poczuli niewymowną ochotę na spróbowanie wspomnianych specjałów. Niestety nie było nikomu to dane- pożywić się mogli jedynie kilkoma ariami w moim wykonaniu. Części tej nie wypada mi opisywać, także przejdę do następnej atrakcji wieczoru- a atrakcja ta była niezmiernie ciekawa- była nią gra w żywe obrazy! Ah, ileż śmiechu było przy tej zabawie! Każda grupa po wylosowaniu obrazu musiała w minutę jak najlepiej go przedstawić za pomocą wszelkich dostępnych środków- głównie osób należących do danej drużyny oraz... bardzo chętnie używanych elementów grilla. Po określonym czasie kurtyna opadała, a sala wypełniała się śmiechem. Był to pierwszy moment, w którym większość Pań, szczególnie te mające na sobie sznurówki, a nie krótkie stays, okrutnie odczuły jak trudną czynnością jest śmiech przy takiej garderobie. Jednak największe wyzwanie dla przepon, szczęk i gorsetów nastało w wieczór dnia kolejnego... ale do tego dotrzemy w tej opowieści również później.

A takie programy przygotowałam na mój mini-recital arii mozartowskich

Po grze w żywe obrazy godzina była już późna i zdecydowanie wszyscy byli niesamowicie zmęczeni trudami podróży w czasie. Dzięki temu przejście w objęcia Morfeusza raczej nie stanowiło dla większości problemu. Ba, wręcz do tego stopnia sen stał się miłym, że nawet papiloty, które z mej osoby tworzyły postać straszliwego człekokształtnego Daleka Sec nie przeszkadzała w wypoczęciu, mimo, że jeszcze dzień wcześniej, w roku 2015 uniemożliwiały zaśniecie przez wiele godzin.

Nie wiem co chciałam uzyskać trzymając tak rękę, ale stwierdziłam ze mam fajne lusterko to coś trzeba zrobić :D
fot. Monika Kozień

Następnego dnia poranne układanie loczków, tworzenie misternych koków i wplatanie wstążek nie sprawiało wrażenia tak trudnych jak dzień wcześniej. Rzecz jasna nie zmieniło to absolutnie w każdym stopniu faktu, że ponownie razem z pannami Elżbietą i Joanną przybyłyśmy spóźnione na śniadanie. Na szczęście okazało się, ze jeszcze nie wszyscy przybyli i nie jesteśmy skazane na całkowite skreślenie w oczach Towarzystwa- otóż było to nasze drugie spóźnienie, jednak uznałyśmy je za taktowne i w dobrym smaku... śniadania. Posiłek umilałyśmy sobie lekturą słynnej gazety La Book De Visage, z której to można było dowiedzieć się o najnowszych nowinkach modowych, skandalach oraz oczywiście- przeczytać mądrości Wielebnego St. Bones. Spokój poranka został jednak wzburzony kiedy do jadalni przybiegła jedna z panien ogłaszając, że przybył posłaniec z ważnym listem zaadresowanym do tajemniczego pana Albrechta. Jako, że owego pana nie było w naszym towarzystwie, a sprawa wydawała się bardzo istotna, list został przy wszystkich odczytany. Nie godzi się publicznie ujawniać jego pełnej treści, można jednak wspomnieć, że miał on niebywale tragiczną treść i wzburzył on towarzystwo. Co więcej- los zainteresowanych stron do dnia dzisiejszego nadal nie jest nikomu jasny. Choć podejrzeń było wiele, razem z panna Gosią postanowiłyśmy bliżej zbadać sprawę obawiając się, że owy list może być w istocie szyfrem mającym nas przed kimś ostrzec! Jednak większość naszych teorii prowadzi do pewnej bardzo ważnej osoby, lecz póki nie będzie dowodów w tej sprawie postanowiłyśmy nie zdradzać więcej szczegółów.

fot. Monika Kozień

Na szokujące wiadomości nie ma nic lepszego nad ożywczy spacer w otoczeniu przyrody. Tak więc wszyscy udaliśmy się na wyprawę do ruin zamku- śmiem jednak powątpiewać, że przypominał on komukolwiek gotyckie powieści pani Radcliffe. Mimo pochmurnej pogody okolica wydawała się bardzo malownicza, a skały zachęcały do wspinaczki, aby móc podziwiać widoki. Tak piękne krajobrazy były idealnym miejscem do wykonania szkiców i portretów. Ponieważ w trakcie śniadania dołączyła do nas pewna dama, której umiejętności malownicze tak zachwyciły socjetę, że miała bardzo wiele pracy tworząc portrety Panien na tle cudownej natury.

fot. Monika Kozień

Jednak w tym dniu miało się jeszcze wiele zdarzyć, a pora obiadu, na który tym razem wypadałoby się nie spóźnić była bliska. Po długim i męczącym powrocie i oczekiwaniu na klucz do swego pokoju należało się odpowiednio przygotować. A, ponieważ jedna z pań rzekła do mnie, że istotnie źle wyglądam po spacerze, co istotnie było prawdą, czas na przygotowanie się do posiłku wydawał się niezmiernie krótki. Cóż więc zrobić gdy bonnet wciąż i ciągle spada z głowy psując fryzurę, a zmęczenie staje się widoczne. Czyż nie lepiej się spóźnić i oszczędzić Towarzystwa straszenia swą osobą? Tłumaczenia dość marne, jednak tradycja stała się pewną tradycją, więc należało się... taktownie... spóźnić. W czasie posiłku udało nam się przeprowadzić ożywioną dyskusje o postaciach Dumy i Uprzedzenia. Wszystkie panny zgodnie uznały, że pan Collins byłby świetną partią dla Mary Bennet oraz, że w istocie owa panna na pewno żywiła pewne uczucia do adoratora jej siostry. Ustaliłyśmy również, że nadal jestem odosobniona w moim przekonaniu, że to pan Bingley jest zdecydowanie lepszym od pana Darcy'ego uważanego przez wielu za ideał. Porządek świata pozostał więc nienaruszony.

fot. Monika Kozień

W naszym Towarzystwie nie można było narzekać na brak zajęć. Niedługo po obiedzie przyszedł czas na piknik. Z tej okazji miałam niebywałą przyjemność spróbowania napoju z bzu, którego smak mnie absolutnie zachwycił. Miałam tez okazję na krótką przechadzkę z młodziutką panną Zofią, która jak się okazało odziedziczyła dość spore ziemie, co niewątpliwie bardzo wzbogaciło jej posag. W którymś momencie pikniku przybyło dwóch dżentelmenów. Co ciekawe, większość panien-w tym i ja- było tak pochłonięte w szkicowaniu, konwersacji oraz lekturze, że przed długi czas większość tego faktu nie zauważyła. Co jest sytuacją dość zabawną, ponieważ pań wcześniej było około trzydziestu, a pan tylko jeden. 

Piknik!
fot. Paulina Kowalczyk

Niedługo potem nastąpił moment, w którym to musiałam przerwać tworzenie rysunku. Jedna z Pań oświadczyła, że dźwięk klawesynu staje się z czasem nieznośny! Otóż pełna oburzenia zaczęłam bronić tego tak ważnego instrumentu. Czymże byłby barok bez klawesynu! Gdzie byłaby baza, gdzie basso continuo, gdzież cały kunszt i inteligencja jaką reprezentuje barok, Das Wohltemperierte Klavier Bacha i system, którym się posługują obecnie romantycznie muzycy?! Otóż w takich sytuacjach polecam gorąco zmianę tematu na dyskusję na temat altówek oraz tenorów jako uniwersalnego tematu-rzeka nieznośnych dźwięków. 

Z ołówkiem w dłoni dzielnie broniąc klawesynu since 1825.
Fot. Paulina Kowalczyk

Wkrótce jednak nie było już czasu na zaprzątanie sobie głowy instrumentami, ponieważ przyszedł czas na naukę tańców oraz etykiety balowej. Kontredanse, tańce szkockie, Duke of Kent's waltz... nauka była bardzo owocna i przebiegła w miłej atmosferze. Zabawnym elementem był moment, kiedy z powodu wspomnianej wcześniej dysproporcji w ilości Pań a Panów ćwiczyłam jeden z tańców w roli partnera. Pani Canteburry stwierdziła podczas tańca, że nie przywykła patrzeć z góry na partnerów. W istocie, z mojej obserwacji wynikało, że byłam najmniejszą panną z towarzystwa. Co jednak nie było dla mnie czymś wielce zaskakującym, ponieważ sytuacja ta właściwie występuje niemal w każdym miejscu, w którym się pojawiam. Z tego samego względu kilka osób uznało, że jestem w wieku dziecięcym, kiedy w rzeczywistości niebezpiecznie zbliżam się do wieku staropanieńskiego będąc dwudziestoletnią panną. Takoż niewysoki wzrost, bo zaledwie pięć stóp i dwa cale, mimo zdziwienia wielu, uważam za istotnie niewątpliwą zaletę mojej osoby. Jednakże deptanie trenów podczas nauki zdecydowanie za zaletę nie uważam, czego niestety byłam kilka razy winna.
Nie obyło się również bez skandalu! Otóż w niewiadomy mi sposób w pewnym momencie tańca pan C. wylądował na... stole! Winowajczynią okazała się jedna z Pań tańcząca jako partner. W tych przedziwnych i niespotykanych okolicznościach zażądano satysfakcji. Otóż jak dowiedziałam się od jednej z osób zaangażowanych w sytuację okazało się, iż pozory myliły! To pan C. nadepnął na tren partnerki wspomnianej wcześniej domniemanej winowajczyni (która jak się okazało winowajczynią nie była, a broniąca honoru partnerki) rozdzierając go! Stąd też broniąc honoru pokrzywdzonej (i jak mniemam, dla pomsty trenu) została od pana C. zażądana satysfakcja. Jednak przy śniadaniu wszyscy byli zdrowi, można więc rozumieć, iż pojedynek zakończył się porozumieniem obydwóch stron.

Uczymy się tańców
Fot. Paulina Kowalczyk

W końcu zbliżała się najbardziej wyczekiwana część dnia, czyli wielka kolacja, a po niej bal. Ah, ileż to przysmaków Lady Polley znajdowało się na stołach! A ileż białych piór, pięknych haftów i biżuterii mieniło się blaskiem w sali! Dookoła zapanowała niesamowita atmosfera splendoru... który postanowiłam razem z panną Gosią opuścić w poszukiwaniu wody, co jednak okazało się nie tak prostym zadaniem. Ostatecznie jednak udało się zdobyć upragnioną napój- i to wraz z sokiem malinowym!

Moja suknia w kolorze Tardis Blue, a przy okazji pierwsza suknia jaką sama uszyłam (druga to moja dzienna 3w1 :D ).

Niedługo potem ogłoszono, iż należy kierować się powoli na bal. Znużone siedzeniem w jadalni udałyśmy się tam jako jedne z pierwszych dam. Na resztę przyszło nam jeszcze trochę poczekać. Większości raczej trudno było się szybko rozstać z salą, w której znajduje się tyle przysmaków. Oczekując więc na resztę jedna z panien okazując wielkie współczucie pewnemu żukowi, którego tragiczny los w trakcie tańców byłby przesądzony, postanowiła uratować go, przenosząc go na liściu. Żuk jednak postanowił sam dokonać żywota i na naszych oczach zeskoczył z liścia tym samym umierając. Owa anegdota może wydawać się nieważną, jednak w jednej w teorii tajemniczego listu, sytuacja ta ma dość duże znaczenie...
W końcu gdy całe Towarzystwo się zebrało, rozpoczęto bal. Chwilę potem pewien młody dżentelmen poprosił mnie do pierwszego tańca. Oczywistym jest jednak fakt, że byłoby zbyt pięknie... złośliwość losu spowodowała, że owym pierwszym tańcem okazał się ten jedyny, który ćwiczyłam jako partner. Ostatecznie jednak w czasie tańca udało mi się (rzecz jasna po zaledwie kilku zdecydowanie wielu nieuniknionych błędach) zapamiętać kiedy powinnam wykonać swoją figurę.




Następne tańce udały się już bez tak wielkich pomyłek. Przetańczyłam je z kilkoma Paniami oraz jeden z panem Chantberry. Jednak największy zaszczyt w tańcu dopiero na mnie czekał... ale przed tym nastąpiła przerwa na przedstawienie Teatru Amatorskiego.
Sztuką, jaką wystawiono, była komedia pióra panny Patrycji pt. "Rzecz o Wielebnym St. Bones"- postaci znanej Towarzystwu bardzo dobrze ze stałej kolumny mądrości w La Book De Visage. Dla przybliżenia charakterystyki owej postaci bardzo dobrze posłużą przykłady bohaterów Dumy i Uprzedzenia. Należy wyobrazić sobie połączenie pana Collinsa z lady Catherine de Bourgh. Cechy tych osób należy wzmocnić do granic śmieszności. W ten oto sposób dostajemy pełny obraz splendoru Wielebnego St. Bones.


Wielebny rzecz jasna na pierwszym planie :)

Panna Joanna, która zagrała idealnie rolę Wielenego (zwanego potem "Mistrzem" tudzież "Myszczem") została w roli do drugiej części balu. Tak oto wszystkie panie poczuły każdy mięsień swojej szczęki i wielki opór sznurówek spowodowany wybuchami śmiechów. A było ich niemało..... Wielebny uznał, że jedyną godną dla niego pozycją w secie jest początek i numer "jeden", a przy odliczaniu poprawiał wszystkich wskazują na to, że tylko on może być ową jedynką, a wszyscy inni są numerem dwa. Przy kolejnym tańcu Wielebny dokonał publicznej selekcji Pań pod względem posiadania kontusza, najprawdziwszego jedwabiu wysokiej jakości i prawdziwych diamentów. Ostatecznie żadna z panien nie spełniła jego wymagań, jednak nie mogąc pozwolić nikomu na zajęcie miejsca numer jeden, postanowił poprosić mnie do tańca (rzecz jasna uważając to za niebywałą łaskę i litość ze swej strony). W taki więc sposób spotkał mnie największy zaszczyt jakiego mogłam dostąpić tego wieczoru. Po kilku kolejnych tańcach bal dobiegł końca, część Towarzystwa udała się na spoczynek, a reszta do późnych godzin nocnych konwersowała o strojach i balach.


Pani i Pan Chantberry tańczą ze zjawą mojej osoby :D

Niedzielny poranek można uznać za moment całkowitej rozpusty i braku poczucia moralności ze strony Towarzystwa. Wybacz więc, drogi czytelniku, jeżeli to co przeczytasz zszokuje Cię tak, iż stracisz dobre mniemanie o nas wszystkich. Otóż spotkaliśmy się na śniadaniu... w koszulach nocnych lub bieliźnie. Wiadomym jest, iż te kilka warstw składających się z koszuli spodniej, gorsetu, halek i pończoch nie jest wystarczająco godnym strojem do spożywania wspólnego posiłku. Nie unika jednak wątpliwości, iż był to element wszystkim miły, dzięki któremu można było odpocząć dłużej po balu, nie musząc przeznaczać tak wiele czasu na poranne przygotowania.

Niebieskie stwory leśne, czyli panna Elżbieta, panna Gosia i w środku ja.
Fot. Anna Stachowiak

Później- rzecz jasna już w pełnej garderobie- był czas na pozowanie do portretów, zwiedzanie okolicznych lasów oraz konwersację. Popołudnie minęło jednak bardzo szybko, a nam pozostało przywdziać współczesne ubrania, głęboko lamentować w sercu i z pewną dozą niechęci wyruszyć na powrót 190 lat w przyszłość wspominając cudowny czas spędzony w 1825 roku.

Regencyjne selfie musi być :)


***


Gratuluję tym, którzy dotarli do końca :) 
Dziękuję też wszystkim, którzy byli na Zlocie- było cudownie, nie mogę doczekać się kolejnych, wspólnych podróży w czasie! Tak wiec do zobaczenia... na Złotym Popołudniu? :)




P.S. Jeżeli przekręciłam czyjś tytuł czy coś to dajcie znać :)

10 komentarzy:

  1. Albrecht <3 Fajnie Ci wyszła ta relacja :D
    "Kto jednak nie próbował przejść w historycznym stroju po Katowicach nie wie co to życie na krawędzi" haha ;) to spróbuj na rynku w Krakowie to jest już w ogóle level hard :o

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. eej, nie no, w Krakowie to by jeszcze brawo bili :P

      Usuń
    2. Powiedzmy, że Kraków do ludzi w strojach przyzwyczajony (Zasługa Eleonory Amalii :D), natomiast Katowice przebierańców widzą raz w roku: w trakcie Pochodu na Juwenaliach :D

      Usuń
    3. Dokładnie. Za to w Bytomiu to byłoby samobójstwo :P

      Usuń
  2. Ale byłam ciekawa, jak Ci się podobało i jak opiszesz te trzy dni - bo w sumie to chyba Twój pierwszy taki wyjazd (ze spaniem ho ho ho). Nawet nie wiedziałam, że na pikniku kłóciłyście się o klawesyn - broniłabym! <3

    A Twoje wykonanie arii było naprawdę piękne - jak głos niósł się po nocnym lesie, ach! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano pierwszy taki. Mam nadzieję, że pierwszy z wieeeeelu :D
      Wiadomo- jest klawesyn jest impreza ^^

      Usuń
  3. Tak żałuję, że nie mogłam do was przyjechać, strasznie nie lubię opuszczać ludzi, z którymi świetnie się czuję ;)

    A opis - genialny! Jestem ciekawa, co było w tym liście ... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedyne co mogę zdradzić to, że był napisany na czerwono (!!!), było coś o złamanym sercu i śmierci. Dramat na całego :D

      Usuń
  4. Basso continuo <3 :D Super relacja, podziwiam cię za zapał do pisania, ja zeszłoroczny zlot załatwiłam w dziesięciu punktach :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie nie planowałam takiego długiego wpisu.. ale jakoś tak wyszło ^^
      Czekam niecierpliwie na serial, chyba musi być super, że aż Cię nie było :p

      Usuń